niedziela, 15 grudnia 2019

Od Rhei do Alexandra


Rhea nie wiedziała, czy powinna śmiać się wniebogłosy, czy odpowiedzieć na rzucane przez mężczyzn, dwuznaczne uwagi. Nie przywykła do flirtów, które wraz z upływem czasu zaczynały ją z lekka męczyć. Westchnęła więc przeciągle, rzucając Alexandrowi błagalne spojrzenie - jako jedyny zdawał się faktycznie używać głowy, a nie pobudzonej hormonami męskości. Ostatnia deska ratunku wydawała się jednak nie dostrzegać niemego wołania o pomoc. Włoszka gotowa była wypowiedzieć swe prośby na głos, najpewniej niszcząc tym samym panującą przy stoliku atmosferę, lecz jej rozważania w porę przerwało przewlekłe wycie syreny. Dziewczyna, podobnie jak towarzyszący jej mężczyźni, z początku nie zareagowali, przyzwyczajeni do powtarzających się nieustannie ćwiczeń, jednak nieprzerwany, ostrzegawczy pisk szybko postawił ich na nogi. Rhea przeklęła siarczyście - nie o taki wieczór prosiła. Nim zdążyła się choćby obejrzeć, Alexander stał w samym centrum rozemocjonowanego tłumu, a dźwięczny głos przebijał się przez nerwowy stukot stóp i licznie rzucane obawy. Dyrygował ludźmi, niczym lalkarz rozstawiający swe marionetki po kątach, a niemal każda znajdująca się w barze osoba tańczyła dokładnie tak, jak im zagrał. Blondynka uśmiechnęła się nieznacznie, z podziwem przyglądając się całej sytuacji. Pierwszy raz spotkała się z kimś, kto bez większego problemu ujarzmiłby kierowany strachem tłum. Mężczyzna zbliżył się do niej, wywiercając wzrokiem dziurę w jej głowie.
- Czym zajmujesz się w firmie? - zapytał, wciąż przeskakując wzrokiem pomiędzy formującymi się powoli grupkami ewakuacyjnymi
- Jestem epidemiolożką. - odparła bez zastanowienia, celowo pomijając informację, że wciąż pozostawała jedynie praktykantką, a nie pełnoprawnym naukowcem
Brunet jedynie skinął głową, pospiesznie dołączając ją do odpowiedniej formacji. Włoszka rozejrzała się po swych towarzyszach niedoli i, ku nieuzasadnionemu zawodowi, spostrzegła, że w podróży towarzyszyć jej będzie banda przerażonych, nadętych uczonych, do tego nieznacznie upojonych alkoholem. Świetnie. Nim zdążyła się choćby obejrzeć, sprawujący pieczę nad jej grupą wojskowi ruszyli przed siebie, popędzając ich krótkimi, lecz wyjątkowo konkretnymi komendami. Nie protestowała, panując nad szczeniackimi odruchami - niczym pozbawiony duszy manekin stawiała kolejne kroki, w duchu błagając jedynie, by zagrożenie okazało się jedynie błahostką, którą Instytut ze znanych tylko sobie powodów hiperbolizował. Nie miała pojęcia, dokąd ich prowadzono, ani jak długo trwała ich wędrówka - każda sekunda zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a związana z całym wydarzeniem, ciężka atmosfera dodatkowo potęgowała nieprzyjemne wrażenie. Alighieri odetchnęła jednak głęboko, wyrzucając z głowy trapiące ją myśli. Akcja ewakuacyjna przebiegała gładko i nie zapowiadało się, by cokolwiek miało zepsuć wyuczone na pamięć strategie. Oczekiwania szybko rozwiał jednak krzyk i coraz szybszy stukot butów. Prowadzący ich żołnierze przystanęli, nakazując grupie całkowitą ciszę. Nie musieli długo czekać, nim powód całego zamieszania pojawił się tuż przed ich nosem - zgarbiony, ociekający furią mężczyzna mignął po przeciwnej stronie korytarza, znikając za najbliżej położonymi drzwiami. Strażnicy gotowi byli ruszyć za nim, by jak najszybciej wyeliminować zagrożenie, lecz pojawienie się kolejnej podobnej mu istoty sprawiło, że za znacznie lepszą opcję uznali zmianę obranej trasy. Rhea nie skupiała się na otaczającym ją świecie, wykonując polecenia niemal mechanicznie - całą jej uwagę pochłonęły bowiem nieracjonalnie zachowujące się osoby, które, co najpewniej działało na korzyść operacji, nie zauważyły jeszcze dużej grupy ewakuacyjnej. Włoszka zdążyła usłyszeć nadawane przez jednego z żołnierzy komunikaty o zbiegłych obiektach, nim cudem zatrzymała się centymetry od czyjejś sylwetki. Odskoczyła niemal natychmiastowo, orientując się, że grupa, do której ją przydzielono, zdołała jakimś cudem natrafić na tę prowadzoną przez poznanego w barze Alexandra. Żołnierze wymienili między sobą szereg informacji w niezrozumiałym dla niej, żołnierskim żargonie. Dziewczyna zdołała jednak wyłapać pojedyncze słowa, które rzuciły światło na zaistniałą sytuację, pozwalając zrozumieć, co tak naprawdę ujrzeli na horyzoncie. Absurdalne, niemal dzikie zachowania, zirytowane warknięcia - wszystko stało się nagle jasne, a Alighieri poczuła się wyjątkowo głupio z tym, że nie zorientowała się wcześniej. Zrobiła krok wprzód, przez chwilę wahając się, czy powinna mieszać się w wojskowe sprawy, w które nie została oficjalnie wtajemniczona - zdrowy rozsądek podpowiadał jej jednak, że jeśli swą wiedzą zdoła przyspieszyć wyeliminowanie zagrożeń, powinna podjąć ryzyko.
- Mają uszkodzone płaty czołowe. - wtrąciła nagle, skupiając na sobie uwagę żołnierzy, niemal natychmiastowo żałując, że w ogóle zabrała głos - Jeśli wzrok mnie nie myli, to obiekty z Probatora. - Cała wcześniejsza brawura wyparowała w jednej chwili, a włoszka wbiła wzrok w bliżej nieznany punkt na jednej ze ścian, unikając w ten sposób spojrzeń wojskowych. - Możliwe, że mają zaburzone procesy behawioralne i niekontrolowane wybuchy agresji. - Zaczęła wyliczać na palcach, próbując za wszelką cenę uniknąć profesjonalnej terminologii, by jej tłumaczenia okazały się zrozumiałe dla wszystkich zebranych. - Jeśli jest jakikolwiek sposób, w jaki mogłabym pomóc, chętnie to zrobię...pracowałam przy podobnych przypadkach. 
Momentalnie ugryzła się w język. Była głupia, jeśli myślała, że ktokolwiek faktycznie zgodziłby się na jej uczestnictwo w tak istotnej sprawie, jednak kości zostały już rzucone - nie mogła cofnąć raz danego słowa.
[Alexander?]


piątek, 13 grudnia 2019

Od Atiny cd James

...133..134..135..136...
Ostrożnie stawiałam stopy na zimnych płytach, chodząc w koło po swojej małej celi.
...137..138..139..140...
Zatrzymała się w bezruchu, nasłuchując ciężkich kroków na korytarzu. Mężczyzna z bronią, żołnierz przypomniałam sobie prawidłową nazwę zawodu. Tylko oni potrafili tak ciężko chodzić. Jego obecność na korytarzu o tej porze oznaczać mogła tylko testy bądź badania. Wzdrygnęłam się na samą myśl, że kroki mogą ustać przed drzwiami mojej celi.
Po cichu na palcach wróciłam do łóżka, po samą szyję zakrywając się kołdrą. Od zawsze nawet jak byłam mała, udawałam, że śpię w nadziei, że może nie będą chcieli mnie budzić, choć nigdy nie przynosiło to zamierzonego efektu, nadal nie wyzbyłam się tego nawyku.
Wstrzymałam oddech, kiedy mężczyzna przechodził obok mojej celi, nawet nie zwalniają, jakby mnie wcale nie było.
Odetchnęłam z wyraźną ulgą.
Dziś więc nie była moja kolej. Żołnierz przystanął 6 pomieszczeń dalej, otworzył ciężkie drzwi i wyprowadził obiekt na korytarz. Kiedy kroki dwóch osób przestały być całkowicie słyszalne wstałam i usiadłam na podłodze w moim ulubionym miejscu, gdzie ciepłe smugi światła wpadały przez maleńkie okno.
1..2..3..4
Cichutkie miauczenie przerwało moje odliczanie. Nemo, uśmiechnęłam się szeroko, na kolanach podchodząc do drzwi. Tak dałam na imię kotu, który przychodził codziennie nawet kilka razy dziennie i miauczał cicho nieopodal mojej celi.
- kici kici - szepnęłam cichutko.
Nadal czułam jego ciepłe, mięciutkie futerko, delikatne wibracje, jakie wydobywało z siebie stworzonko. Pierwszy raz pracownik pozwolił mi pogłaskać kota. Ten dzień był najlepszym dnie w całym moim życiu. Głaskanie kota było lepsze nawet od deseru.
Znów chciałam dotknąć rudego futrzaka.
- kici kici - powtórzyłam, opierając czoło o zimne stalowe drzwi. Nie było żadnej możliwości, bym mogła nawet zobaczyć, a co dopiero dotknąć.
Chyba że... Przecież to nie może być trudne. Już to robiłam nie raz, wystarczy tylko się skupić.
Zamknęłam oczy, skupiając się na swoim rudym, puchatym przyjacielu. Poczułam ciepłą energię przepływającą wzdłuż kręgosłupa.
Czułam, jak się zbiera, była wręcz namacalna. Bez problemu poddawała się mojej woli. Otworzyłam oczy, by przed sobą ujrzeć niewielkie przejście, a po jego drugiej stronie wąsaty, pyszczek rudego Nemo.
Bez zastanowienia wyciągnęłam przed siebie dłoń. Już prawie zatopiłam palce w miękkim futerku, kiedy zwierzątko spłoszone uciekło w głąb korytarza. Chwilę później usłyszałam ciche kroki, które najprawdopodobniej wystraszyły kota. Szybko cofnęłam dłoń, tym samym zamykając utworzone przejście.
Oby tylko nie nikt nie zauważył. Czułam, że mogłabym mieć przez to poważne kłopoty.
Na powrót wróciłam pod ścianę, nasłuchując.
A może jednak ktoś zauważył?
Nerwowo zaczęłam obgryzać paznokcie, wpatrując się w drzwi.
Kroki stawały się coraz wyraźniejsze. Jednego byłam pewna, nie był to żaden z wojskowych.
Nie wiedziałam, czy powinien cieszyć mnie ten fakt, czy wręcz przeciwnie?
..1..2..3... Oślepiło mnie nagłe zapalenie się światła. Zmrużyłam oczy, osłaniając je dłonią.
Zerwałam się na równe nogi, opierając się plecami o ścianę, kiedy ciężkie drzwi otworzyły się z charakterystycznym odgłosem zwalnianej blokady. Do środka wszedł jeden z pracowników. Nie był to wojskowy, a po braku kitla wnioskowałam, że nie jest to również lekarz.
- AM-21029821 - odezwał się przybysz. Poznałam ten głos bez problemu. To był ten mężczyzna, który rano pozwolił mi pogłaskać kota - choć.. nie, nie pasuje mi ten numer.. O, tak będzie lepiej. Atina, to ty tak - mężczyzna podniósł wzrok znad kartek i spojrzał wprost na mnie - Porozmawiamy?
Pod jego spojrzeniem chciałam zrobić dodatkowy krok do przodu, jednak ściana za plecami znacznie to uniemożliwiała.
- Atina - powtórzył uspokajająco moje imię. Już tak dawno nikt się tak do mnie nie zwracał. - Jestem James - przedstawił się mężczyzna z życzliwym uśmiechem. Był miły, chyba najmilszy ze wszystkich pracowników.
Powoli podeszłam do stolika, przy którym siedział pracownik. Nie odezwał się słowem, kiedy przechodziłam obok ani kiedy siadałam na drugim krzesełku.
- dziękuję - szepnęłam cicho.
- za co? - dopytał lekko zdezorientowany.
- lubię koty - wyznałam jeszcze ciszej. - są miłe i wibrują.
Mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie.
- nie chce iść na badania - nigdy wcześniej nie odważyłam się prosić radnego z pracowników, by mnie tam nie zabierał, ale James był miły jak koty.

<James? - wybacz wariatce>

wtorek, 10 grudnia 2019

Od Tamary CD Ian

Ta noc była ciężka. Bardzo ciężka. Wpatrywanie się w Ian'a, a następnie (po zwróceniu mi uwagi) w sufit, do czasu zapalenia światła, przy braku snu było niczym w porównaniu do zapowiadających się pozostałych 16 godzin.
Za nim się obudził poszłam do łazienki przyłączonej do celi. Oczywiście z kamerą.
Miałam na to 2 minuty i 30 sekund jak każdy obiekt. Szczerze zazdrościłam trochę pracownikom. Mogli brać prysznic, tyle czasu ile chcieli. Chodzić gdzie chcieli.
A ja nawet nigdy nie widziałam trawy.
Założyłam czarną sukienkę, bez zbędnych dekoracji a włosy rozczesałam i już tak je zostawiłam.
Po moim powrocie mężczyzna spał jeszcze przez godzinę, zdziwiłam się, że nie obudził się przez zapalone światło, ale wpełni mi to odpowiadało.
- Możesz to skończyć, wkurwiasz mnie-tymi słowami mnie powitał.
Chwilę później Alberto przyniósł nam jedzenie, od 10 lat, dzień w dzień przynosi mi posiłek na zmianę z Maxem. Zawsze życzył mi, chociaż miłego dnia lub spytał jak minęła mi noc. A teraz nic, nawet na mnie nie spojrzał. W za myśleniu zaczęłam jeść.
- Boi się to logiczne- rzekł Ian, najwidoczniej jedną z myśli wypowiedziałam na głos-poza tym, jak Cię nazywają?
Tym pytaniem mnie zaskoczył.
- Tamara- odparłam.
-Czemu? - zadał następne, jeszcze bardziej mnie tym zdziwił.
- Bo mi się spodobało- odwarknęłam, nie chciałam by ktoś mi tego zabierał. Po doktor Alison zostało mi tylko to imię. Była mi bliska. Najbardziej z nich wszystkich. Pamiętałam jak w wieku 8 lat, zaproponowała, żebym wybrała sobie imię, bym poczuła się jak człowiek. Tak to ujęła.
- ok, nie spinaj się tak.
- a Ty czemu? - odparłam tym samym pytaniem.
- bo mi się spodobało-odpowiedział wzruszająca ramionami.
Resztę posiłku zjedliśmy w milczeniu. Czułam się już trochę lepiej w jego towarzystwie, ale wciąż bacznie obserwowałam każdy jego ruch.
Nagle zrobiłam się śpiąca. To było dziwne uczucie. Oczy same zaczęły mi się zamykać. Nie byłam wstanie ich otworzy....
***
Powoli zaczęłam się wybudzać, ból w nadgarstkach, niewygodna pozycja. Zapach stęchlizny i huk strzału, po którym się zerwałam. Jednak okazało się to niemożliwe. Byłam w jakimś obskurnym pomieszczeniu, nigdy czegoś takiego nie widziałam. Ściany w szarym kolorze a gdzieniegdzie spod tego wystawały prostokąty, jeden obok drugiego w pomarańczowo czerwonym kolorze. Co chwila przy ścianie były rury, niektóre cieńsze inne grubsze. A ja byłam przykuta do jednej z nich. Sufit był nisko. Podłoga twarda, z szarego tworzywa, gdzieniegdzie zbierały się kałuże. A przy ścianie naprzeciw mnie był również przykuty Ian, który już szarpał i dłubał w kajdankach.
Kolejny huk odwrócił moją uwagę od wystroju lekko przestraszona, przemieniłam się w czarnego Kruka. Wtedy zawsze czułam się bardziej wolna. Tym razem po skutkowało, (nawet o tym nie pomyślałam) kajdanki opadły z hukiem. Zrobiłam trzy kółka pod sufitem, to mnie uspokoiło, pozwoliło zebrać myśli i się rozejrzeć. Bycie ptakiem było łatwiejsze. Wyciszało myśli i uczucia. Zauważyłam klucze przyczepione do jednej z rur, dziwny kij, z jednej strony był grubszy o zaokrąglony końcu a z drugiej cieńszy, sprawiał wrażenie, jakby wygodnie się go miało trzyma, oraz drzwi, wyglądały na solidne.
Na nowo przemieniłam się
- cwana jestes - mruknął.
Poszłam po klucze i ukucnęłam przy Ianie, odpinając go. Jak najszybciej wstałam i odeszłam, na co chłopak prychnął.
- gdzie my jesteśmy? - spytałam
- tak kiedyś wyglądały piwnice-wyjaśnił - kolejny dowcipny test.
Ian wziął kij i podszedł do drzwi. Oczywiście okazały się zamknięte.
Ian bez zastanowienia wyważył drzwi, a w tym czasie jego skórę pokryły łuski.
I jak tylko drzwi stanęły otworem, pojawiło się 4 żołnierzy.

Ian? 

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Od Yungyo CD Amelii

Odwrócił głowę, ze zmrużonymi nieco oczami spojrzał na kobietę, która jeszcze chwilę temu go trzymała. A jednak była klonem. Czy znaczyło to dla niego źle? Nie wiedział dokładnie. Z jednej strony trzymał się od klonów na pewien dystans – wymyślił sobie traumę, by inni niczego nie podejrzewali, również nie był pewien, czy klony go nie rozpoznają. W końcu mimo wielu badań dalej potrafiły one zaskakiwać. Z drugiej jednak strony nie darzył ich jakimiś szczególnie negatywnymi uczuciami. Sam był klonem. Niejednemu to nawet w głębi duszy współczuł. Życie klonów w obecnych czasach nie należało do łatwych. Zwłaszcza, kiedy inni mówili, że choć wyglądają na ludzi, to nimi nie są. Jak można tak twierdzić?
– Cóż, nie zajmuję się klonami – mruknął, schylając się, aby podnieść papiery, które wcześniej upuścił – ale jestem pewien, że tworzenie wadliwych klonów to nie coś, czym Vitae zajmuje się zawodowo.
– No, ale i tak w wypadku Oli to trochę nie wyszło – odparła kobieta, krzyżując ręce na piersi.
Spojrzała na swojego klona, który stał dalej i wpatrywał się w nią beznamiętnie, co pewien czas spoglądając badawczo na Koreańczyka. Yungyo również na niego popatrzył.
– Ale są też takie, w których nigdy by pani nie rozpoznała klona – rzekł.
Kobieta wzruszyła tylko ramionami. Oddała klonowi narzędzie, jakie miała w ręce, po czym podeszła do rozwartych drzwi windy. Do końca je rozsunęła i wyjrzała przez nie na korytarz. Mieli poniekąd szczęście, ponieważ mogli bez większego problemu wyjść z windy – wystarczyło się podsadzić. Yungyo cały czas przyglądał się jej uważnie, wykonał krok do przodu, jednak szybko się cofnął. Wcześniej zbliżenie się do kobiety skończyło się nieciekawie, nie chciał więc powtórki z rozrywki. Odwrócił głowę, spojrzał na wciąż przypatrującego mu się klona. Jego nieufny wzrok zaczynał go powoli denerwować.
– Mogłabyś się tak na mnie nie patrzeć? – zapytał.
– Przestanę, jak będę mieć pewność, że nic pan nie zrobi Amelii – odparł klon.
– Jedziemy na tym samym wózku, więc nie mam powodu, by cokolwiek jej robić.
Ostatecznie klon odbiegł wzrokiem gdzieś w bok, aczkolwiek niewykluczone było, że znów zacznie dziwnie patrzeć na naukowca. Yungyo westchnął ciężko, potarł palcami oczy. Naprawdę, jak mogło mu się przytrafić coś takiego? Już chyba wolałby sam utknąć w tej windzie, przynajmniej miałby trochę więcej czasu dla siebie. Nie zanudziłby się, w końcu miał Wi-Fi – mógłby przeglądać sieć w poszukiwaniu jakichś ciekawych artykułów. A tak to musiał trafić na te dwie kobiety, z których jedna była niezależnym technikiem, a druga niedopracowanym (nie to, co on) klonem.
Zwilżył językiem usta, przestąpił z nogi na nogę. Spojrzał na stojącą przy wyjściu z windy kobietę. Mierzyła ona uważnie wzrokiem drzwi, w końcu jednak westchnęła, podpierając ręce pod biodra. Zaczęła coś mruczeć pod nosem, Yungyo za bardzo nie wiedział, co, aczkolwiek szczególnie się tym nie przejął. Po chwili przeciągnęła się, wyciągnęła ręce, cicho strzelając paliczkami, po czym podeszła do wózka. Nim jednak wzięła z niego cokolwiek, stanęła nagle, jakby z czegoś właśnie zdała sobie sprawę, a następnie odwróciła się do naukowca.
– Sprzęt trzeba przenieść w częściach, ponieważ zapakowanego wózka nie wyciągniemy – powiedziała. – Mógłby pan pomóc? W trójkę szybciej się z tym uporamy.
Yungyo spojrzał na nią, nieco unosząc brwi. Chwilę tak na nią patrzył, po czym przeniósł wzrok na wózek ze sprzętem. Było tego dosyć sporo, samo patrzenie na to wszystko sprawiało, że już tracił chęci do roboty. Zwłaszcza, że jakieś kilka minut temu się obudził, a ciało go bolało po naprawdę bolesnym spotkaniu z twardą podłogą (szczególnie prawe biodro). Naprawdę nie chciało mu się tego robić. Nawet pomyślał na początku, by odmówić, ale miał dziwne wrażenie, że tak gładko nie pójdzie. Ostatecznie westchnął ciężko i, wciąż nie wiedząc do końca dlaczego, odparł:
– Niech pani będzie.
Kobieta wyszła na korytarz, zaś Yungyo i klon zostali w windzie. Kolejno podawali jej pudła ze sprzętem, Koreańczyk wybierał z reguły te lżejsze, by mniej się nadźwigać. Gdy klon to zauważył, rzucił mu niezbyt przyjazne spojrzenie, aczkolwiek nic nie powiedział. I dobrze. Yungyo nie miał najmniejszej ochoty się z nim kłócić. Po prostu chciał już to wszystko mieć za sobą i móc wrócić do normalnej pracy. Tego typu przygody nie były czymś, co lubił. Przynajmniej nie w tym momencie. Mam nadzieję, że nie natrafię na więcej problemów.
Jakiś czas później wszystkie pudła były już po drugiej stronie, razem z wózkiem, który jakimś cudem udało im się przepchnąć przez wyjście z windy. Na piętro pierwszy wskoczył klon, później się wdrapał Yungyo, odmawiając udzielenia mu pomocy przez kobietę, Amelię (o ile dobrze pamiętał imię, które usłyszał od klona). Znalazłszy się na korytarzu, wygładził wolną ręką fartuch, a następnie się rozejrzał. Piętro -9. Trochę słabo. Do tego nie było prądu, na co wskazywały czerwone lampy awaryjne – jedyne źródło światła. Oby prąd szybko wrócił. Nie chciał trafić na nic, co mogłoby stanowić dla niego potencjalne zagrożenie.
– To gdzie teraz? – powiedziała kobieta ni do siebie, ni do nikogo innego, rozglądając się po całym korytarzu.
Yungyo zmierzył wzrokiem jeden kierunek. Jeśli udadzą się tą drogą, to po kilku zakrętach dojdą do innej windy. Pytanie tylko, czy działała? Wolał się upewnić, bowiem nie chciał nawet myśleć o opcji, że przejdzie taki kawał na darmo. Wyciągnął z kieszeni komórkę. Odblokował ekran, szybko przeszukał listę kontaktów, znajdując numer do technika, z którym wcześniej rozmawiał. Czym prędzej go wybrał i zadzwonił.
– Co jest? – usłyszał głos po drugiej stronie, zdradzający zrezygnowanie.
– Anthony, czy winda C działa? – zapytał Yungyo.
– Powinna. A co?
– Okej, dzięki.
– Hej, nie odpowiedziałeś...
Naukowiec rozłączył się. Przez umysł przeleciała mu myśl o późniejszej gadce Anthony'ego na temat nagłego rozłączania się, kiedy on jeszcze nie skończył mówić, ale ją zignorował – był już przygotowany na tę sytuację. Sprawdził godzinę (minęło siedem minut odkąd pierwszy raz zadzwonił do technika), po czym schował z powrotem komórkę do kieszeni spodni. Przełożył papiery do prawej ręki, lewą zaś poprawił na ramieniu swój kitel.
– Jeśli chcemy dostać się na piętro -2, musimy się udać do windy C, która powinna działać – powiedział.
Amelia?

niedziela, 8 grudnia 2019

Od Jamesa do Atiny

Godzina piąta trzydzieści, dzień drugi.
Wędrujący po korytarzu, szary człowiek, który w swej prawej dłoni dzierży stanowczo kubek z mocną kawą, to właśnie ja. Bez kitla, z ciszą panującą wokół mnie. Nikt nie przychodzi o tej godzinie do pracy, ale ja nie miałem za bardzo wyboru, muszę sporządzić notatki o obiektach, o które prosił mnie wyżej postawiony naukowiec, gdyż chce on się upewnić, że nie stanowi nikt zagrożenia dla jego eksperymentów. Parszywy dupek, sam mógł to zrobić, gdyż przynajmniej wie, z czym ma do czynienia, ponieważ, ja dopiero poznaje obiekty. Drugi dzień pracy nie jest łatwy, trzeba porobić własne notatki, udać się na obserwacje i co ważniejsze zdać relacje przełożonemu. Ale czy on musi wiedzieć o wszystkich? Jasne, że nie. Niektóre rzeczy można zachować dla siebie, gdyż są mało istotne, bądź zbyt ważne, aby od razu o nich mówić. Znaczy.. ja tak twierdzę.
Krocząc korytarzem, w niewygodnych trampkach, można nawet usłyszeć bicie swego serca, gdyż większość z obiektów śpi, a jedyne co dobija się do moich uszu, to miauczenie jakiegoś uciekiniera. Cholera jasna! Dlaczego to musi być kot? Pytam w duszy, zasłaniając nos, kiedy zbiera mi się na kichanie. Mam dość mocną alergię, na sierść tych futrzaków, przez co nie mogę powstrzymać napadu kichania, a na moje nieszczęście muszę odnieść sierściucha na swoje miejsce. Podchodząc do kota, ten nawet nie drgnął, więc chwyciłem go szybko pod pachę, następnie lekko go odsuwając od siebie, aby zaraz nie zacząć kichać jeszcze mocniej, choć czuję, że sierść nieźle podrażnia mi nos.
Rudy kot postanowił kilka razy miauknąć, kiedy przechodziłem wzdłuż cel projektów, oznaczonych skrótem AM. To mój dział, więc będę musiał bliżej przyjrzeć się tym ludziom, którzy siedzą pozamykani, bez dostępu do dużej ilości światła.
- Kici kici - usłyszałem szept, prawie niesłyszalny szept, który zwrócił mą uwagę, przez co na chwilę przystanąłem, rozglądając się. Kto szepcze o tak wczesnej godzinie? Czyżbym kogoś obudził? - Kici kici - ponownie, krótkie nawoływanie futrzaka, wywołało u mnie zagadkową minę, która nie jest mile widziana o tak wczesnej porze. Zrobiłem kilka kroków wstecz, aby spojrzeć przez otwory w drzwiach, kto nawołuje to szatańskie stworzenie. Nie minęło dużo czasu, kiedy mym oczom ukazała się młoda kobieta, a raczej dziewczyna. Wyglądała ona na strasznie młodą, więc postanowiłem się odezwać.
- Fajny kot? - zapytałem, otwierając okienko, przez które kucharze podają posiłki.
Młoda kobieta, od razu po tych słowach się odsunęła, przez co delikatnie się uśmiechnąłem.
- Nie musisz się bać, chciałem pokazać ci tylko kotka, choć... apsik! Jestem na niego uczulony.. - dokończyłem pod nosem.
Ta nadal się nie odzywała, lecz zrobiła krok w przód, po czym ostrożnie wyciągnęła rękę w stronę rudego stworzenia na moich rękach.
- Śmiało, możesz pogłaskać - rzekłem, po czym jej dłoń zetknęła się z miękką sierścią kota.
Uśmiechnąłem się na ten widok, gdyż spodziewałem się, że projekt AM, będzie.. cóż... mniej człowieczy. Pomyliłem się. Przez okienko mogłem dostrzec tylko jej zarys, więc śmiało stwierdziłem, że jest ona dość niską osobą, o włosach maksymalnie do ramion.
- Teraz wybacz, ale muszę odnieść tego.. Apsik! kota..
Gdy ta oddaliła się od drzwi, zamknąłem okienko i poszedłem odnieść rudy problem do klatki.
Wchodząc do pomieszczenia z sierściuchami, myślałem, że zakicham się na śmierć, gdyż nie spodziewałem się takiej ilości kotów w tym laboratorium.
Uprzednio upewniając się, że zamknąłem klatkę, opuściłem pomieszczenie, następnie idąc do mojego biurka, aby pospisywać wszelkie numery obiektów. Żmudna i nudna praca, ale tak jak zawsze, nowy musi dostać w kość. Spisując wszystko dokładnie, nie myślałem, że minęło już tyle czasu, aby nagle ktoś poklepał mnie po ramieniu, zabierając notatki.
- Oddaj mi to, przecież muszę się ich nauczyć.
- Nie rób notatek, bo szef cię zabije. Masz mieć wszystko tutaj - odezwał się Afroamerykanin, który wskazał na głowę.
Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedziałem, że mężczyzna ze mnie kpi. Dowiedziałem się o tym dopiero po dwóch godzinach, kiedy nabijał się ze mnie. Cudownie, praca marzeń!

***

- Garcia, masz robotę. Musisz porozmawiać z kilkoma Obiektami.
Świetnie zaczyna się wykorzystywanie nowego, ale co ja mogę?
- Jasne, dajcie listę - westchnąłem ciężko, spoglądając na zegar, który wskazywał za dziesięć dziesiąta.
Otrzymałem wszystkie numery, przez co zakręciło mi się aż w głowie. Ja mam aż tyle ich .. nie wiem, przesłuchać?
Wertując kartki, jeden z numerów wydawał mi się ciekawy, gdyż miał więcej liczb niż inni, więc postanowiłem, że zacznę od tego obiektu.
Oczywiście pogwizdując sobie pod nosem, przechadzałem się korytarzem, szukając Obiektu AM-21029821, Docierając na miejsce, ponownie usłyszałem za sobą miauczenie.
Kurwa znowu? Moja mina wyrażała wszystko, byłem załamany, bo chyba nigdy nie zacznę pracować, jeśli kot, a dokładniej ten, rudy kot mnie będzie śledził.
Wzdychając cicho, postanowiłem sobie darować to zwierze, aby następnie wejść do pomieszczenia, w którym zapaliłem uprzednio żółte światło, które nie razi tak bardzo po oczach.
Patrząc w kartkę, na podkładce, odwróciłem się w stronę obiektu.
- AM21029821, choć.. nie, nie pasuje mi ten numer - przerzuciłem jedną kartkę - O, tak będzie lepiej. Atina, to ty tak? - uniosłem wzrok i zobaczyłem młodą, niską dziewczynę o orzechowych włosach. Lekko uśmiechnąłem się do obiektu, po czym usiadłem na krześle. - Porozmawiamy?

Atina? Mam nadzieje, że nie ma tragedii ^^.

Od Alexandra do Rhei

Blondynka była bardzo bezpośrednia. Może to jej styl bycia, a może wypite procenty dały o sobie znać? Jakikolwiek był by tego powód, była tak odmienna, niż kobiety tu mieszkające. Wystarczy spojrzeć na wnętrze baru, kobiety tu obecne można było wyliczyć na palcach, a wszystkie znałem bardzo dobrze, może nawet zbyt dobrze.
- Alex - przedstawiłem się i lekko uścisnąłem wyciągniętą delikatną, bladą dłoń dziewczyny.
- Palicie? - spytała jasnowłosa, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów.
- jeszcze pytasz? - dopytałem z uśmiechem.
W barze już dwa lata temu zniesiono zakaz palenia, bo i tak nikt z obecnych go nie przestrzegał.
- chyba nigdy cię tu nie widziałem - wypaliłem, podpalając zaoferowanego papierosa. - a ty Felix?
Mężczyzna przecząco pokręcił głową.
- zapamiętał bym - odpowiedział, pochłaniając blondynkie wzrokiem.
- rzadko tu bywam - przyznała ze wzruszeniem ramion
- od dziś mamy nadzieję, że będziesz bywać tu częściej - ciągnął Felix, czyżby zamierzał poderwać naszą nową przyjaciółkę? Hmm...
Społeczność wyspy jest tak mała i zamknięta, a jednocześnie tak wielka i zaskakująca. Jak wszystko, co się wiąże z firmą Vitae.
- gdzie nauczyłaś się tak grać? - spytałem z podziwem. Trzeba było przyznać, że jasnowłosa była naprawdę dobrym rywalem.
- Może jeszcze jedna rundka? - spytał Colin, który nagle znalazł się obok stolika i jak to on bez żadnego zaproszenia przysiadł się do nas.
Rhea jako jedyna kobieta przy naszym stoliku i tym razem czyniła honory, rozdając karty.
- gramy dla rekreacji czy zarobku? - dopytał rudzielec
- dla zarobku? - zaśmiałem się na słowa przyjaciela. To nie była żadna tajemnica, Colin najzwyczajniej w świecie nie umiał grać, mimo że od trzech lat starałem się go nauczyć wszelkich technik. - stary od razu wyłóż kasę na stół.
- nie kompromituj mnie przy damie - powiedział, po czym mrugnął do blondynki. Ty również?... - Może piękna pani powie nam, czym zajmuje się w Instytucie? - spytał Colin, skupiając całą swoją uwagę na dziewczynie.
Odpowiedź jasnowłosej zagłuszył przeraźliwy alarm. Po pierwszym sygnale ludzie tylko zanienówli w oczekiwaniu. To nie pierwszy raz, kiedy się załącza, średnio raz w tygodniu. Jednak to nie był zwykły alarm, nie skończył się po minucie, jak to zazwyczaj bywało. Sygnał dłuższy niż 2 minuty oznaczać może tylko sytuację kryzysową, zagrażającą bezpieczeństwu. Więc każdy wstrzymując oddech, odmierzał kolejne sekundy.
- Cholera - mruknąłem pod nosem, kiedy sygnał nie milkł, nawet gdy upłynął określony czas. To nie były zwykle ćwiczenia.
Po pierwsze zlokalizować liczbę cywili. Naszczęście nie było ich zbyt wielu większość w barze to żołnierze.
Po drugie zorganizować ewakuację do najbliższego punktu bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo cywili jest najważniejsze, zwłaszcza że większość to ważne osoby dla firmy.
Zadanie numer trzy, kiedy cywile są bezpieczni udać się jak najszybciej do przełożonego.
Teoria wyuczona perfekcyjnie, ale to pierwszy raz w praktyce, a większość z nich nigdy nie była na prawdziwej akcji.
Z całą przyjemnością oddałbym dowodzenie ewakuacji komuś wyższemu stopniu, ale takiej osoby również nie było dzisiejszego dnia w barze.
- szeregowy Wilson - wypaliłem do Colina - starszy szeregowy Jones - zwróciłem się do Felixa - każdy ma opuścić bar i skierować się do najbliższego punktu bezpieczeństwa. Wiecie gdzie to jest? - zgodnie pokiwali głowami. Świetnie. - będziemy wychodzić z budynku w grupach po 10 osób. Czterech cywili i sześciu wojskowych. - o dziwo nie słuchali mnie tylko towarzysze, ale również pozostali obecni żołnierze - Wilson - na powrót zwróciłem się do przyjaciela - zorganizuj mi 6 ogarniętych chłopaków, którzy pomogą w ewakuacji. Jones - spojrzałem na Felixa - idź do drzwi i nie pozwól nikomu wyjść na zewnątrz. - Ty, Ty i Ty - wskazałem trzech z alfa, wiedząc, że najlepiej znają się na pracownikach - podzielcie cywili na trzy grupy. Strefa zielona ludzie najważniejsi dla firmy. Strefa czerwona schlani i awanturnicy. Strefa żółta pozostali.
Wszystkie służby mają podobne zasady tylko, że tam dzieli się na rannych i martwych. Mam nadzieję, że nie będę musiał robić tego samego.
- czym zajmujesz się w firmie? - spytałem dziewczyny. Nie wiedziałem jak bardzo jest ważna i w jakiej kolejności powinna opuścić strefę zagrożenia.

<Rhea? >

Od Amelii cd. Yungyo

Amelia zagryzła wargi. Pół godziny. Mniej więcej po takim czasie miała się spotkać z zarządem Instytutu, by negocjować umowę. Spojrzała na zegarek. Jeśli utknie w tej windzie na PÓŁ godziny, na pewno nie zdąży na czas. Gwałtownie na swoich ramionach poczuła delikatny dotyk dłoni. Odwróciła się, odtrącając klona.
- Co robisz? – fuknęła, poprawiając marynarkę.
- Poziom twojego stresu gwałtownie wzrósł. Jeśli nie chcesz medytować, masaż jest dobrym sposobem na odstresowanie. – Ola miała niewzruszony wyraz twarzy.
- Więcej Epikurów wygenerowałabyś, znajdując dla mnie plany elektroniki windy. Zenki powinny je mieć. – Amelia sięgnęła po pudło, stojące na szczycie stosu i paznokciem przecięła taśmę zabezpieczającą. Ola tymczasem zatopiła spojrzenie w telefonie, klikając w ekran z dużą prędkością.
Koreański naukowiec przyglądał się temu wszystkiemu z beznamiętną miną. Kobiecie przeszło przez myśl, że może mu się nie spodobać to, co planuje zrobić. Jednak nie miała czasu. Od tego, czy uda jej się wydostać z tej blaszanej puszki zależało coś więcej, niż jej życie. Zależał kontrakt!
Grzebiąc w opakowaniu, wydobyła z niego duct tape’a, skrzynkę z narzędziami i woreczek zapasowych cewek.
- Mam je – oznajmiła Ola i telefon w kieszeni Amelii zawibrował. Kobieta wyciągnęła go z kieszeni i przejrzała na szybko ich zawartość. Cóż, poglądowo wyglądało to na niezbyt skomplikowane. Wyjęła z kieszeni frotkę i spięła włosy z tyłu, a następnie uklękła przy panelu kontrolnym windy. Przeleciała dłonią po dole obudowy, po czym ustaliwszy punkty nacisku, przycisnęła do nich palce. Cicho szczęknęło i już miała to samo zrobić z kolejnymi, umiejscowionymi nieco wyżej zaczepami, gdy wtrącił się Azjata.
- Co pani robi? Nie powinna pani grzebać w elektronice instytutu.
- Wprost przeciwnie, szanowny panie. – Amelia kontynuowała swoją pracę, posuwając się coraz wyżej w górę. – W przeciwieństwie do pana jestem technikiem. - Ostatni zacisk ustąpił i z subtelnym sykiem cała płyta pozwoliła się zdjąć ze ściany i odłożyć na bok. – Jak pan widzi, wiem co robię. Olu, obcęgi.
Kobieta wyciągnęła dłoń w geście oczekiwania, drugą scrollując plany. Wyglądało na to, że wystarczy doprowadzić do zwarcia w obwodach alarmowych i…
- Problemem już się zajmują, wątpię by mogła mu pani zaradzić stąd – nie dał się przegadać naukowiec. – Proszę zaczekać, pół godziny to nie jest długo.
- Za długo, w mojej sytuacji – odpowiedziała. Ciężar obcęgów w dłoni powiedział jej, że klon wykonał prośbę. Amelia przymierzyła się do obwodu, oznaczonego na schemacie przez K-43. Za plecami kobiety rozległ się hałas i cichy jęk. Ta odwróciła się, by zobaczyć Azjatę, wykręconego w dziwnej pozycji i przytrzymującą go Olę.
- Proszę nie zbliżać się do Amelii – zakomunikował klon, nie zwalniając uścisku.
- Co ci mówiłam o przemocy fizycznej? – Kobieta westchnęła. - Puść go.
Klon jeszcze przez chwilę przytrzymał naukowca, po czym zwolnił uścisk. Tymczasem Amelia skończyła swoją pracę. Drzwi zaskrzypiały cicho i rozchyliły się do połowy długości. Kobieta wstała i podeszła do Azjaty.
- Przepraszam za nią, to nie jest najlepszy produkt waszej firmy.

(Yungyo? Czas wybyć z tej windy w niebezpieczny świat na zewnątrz^^)