niedziela, 8 grudnia 2019

Od Jamesa do Atiny

Godzina piąta trzydzieści, dzień drugi.
Wędrujący po korytarzu, szary człowiek, który w swej prawej dłoni dzierży stanowczo kubek z mocną kawą, to właśnie ja. Bez kitla, z ciszą panującą wokół mnie. Nikt nie przychodzi o tej godzinie do pracy, ale ja nie miałem za bardzo wyboru, muszę sporządzić notatki o obiektach, o które prosił mnie wyżej postawiony naukowiec, gdyż chce on się upewnić, że nie stanowi nikt zagrożenia dla jego eksperymentów. Parszywy dupek, sam mógł to zrobić, gdyż przynajmniej wie, z czym ma do czynienia, ponieważ, ja dopiero poznaje obiekty. Drugi dzień pracy nie jest łatwy, trzeba porobić własne notatki, udać się na obserwacje i co ważniejsze zdać relacje przełożonemu. Ale czy on musi wiedzieć o wszystkich? Jasne, że nie. Niektóre rzeczy można zachować dla siebie, gdyż są mało istotne, bądź zbyt ważne, aby od razu o nich mówić. Znaczy.. ja tak twierdzę.
Krocząc korytarzem, w niewygodnych trampkach, można nawet usłyszeć bicie swego serca, gdyż większość z obiektów śpi, a jedyne co dobija się do moich uszu, to miauczenie jakiegoś uciekiniera. Cholera jasna! Dlaczego to musi być kot? Pytam w duszy, zasłaniając nos, kiedy zbiera mi się na kichanie. Mam dość mocną alergię, na sierść tych futrzaków, przez co nie mogę powstrzymać napadu kichania, a na moje nieszczęście muszę odnieść sierściucha na swoje miejsce. Podchodząc do kota, ten nawet nie drgnął, więc chwyciłem go szybko pod pachę, następnie lekko go odsuwając od siebie, aby zaraz nie zacząć kichać jeszcze mocniej, choć czuję, że sierść nieźle podrażnia mi nos.
Rudy kot postanowił kilka razy miauknąć, kiedy przechodziłem wzdłuż cel projektów, oznaczonych skrótem AM. To mój dział, więc będę musiał bliżej przyjrzeć się tym ludziom, którzy siedzą pozamykani, bez dostępu do dużej ilości światła.
- Kici kici - usłyszałem szept, prawie niesłyszalny szept, który zwrócił mą uwagę, przez co na chwilę przystanąłem, rozglądając się. Kto szepcze o tak wczesnej godzinie? Czyżbym kogoś obudził? - Kici kici - ponownie, krótkie nawoływanie futrzaka, wywołało u mnie zagadkową minę, która nie jest mile widziana o tak wczesnej porze. Zrobiłem kilka kroków wstecz, aby spojrzeć przez otwory w drzwiach, kto nawołuje to szatańskie stworzenie. Nie minęło dużo czasu, kiedy mym oczom ukazała się młoda kobieta, a raczej dziewczyna. Wyglądała ona na strasznie młodą, więc postanowiłem się odezwać.
- Fajny kot? - zapytałem, otwierając okienko, przez które kucharze podają posiłki.
Młoda kobieta, od razu po tych słowach się odsunęła, przez co delikatnie się uśmiechnąłem.
- Nie musisz się bać, chciałem pokazać ci tylko kotka, choć... apsik! Jestem na niego uczulony.. - dokończyłem pod nosem.
Ta nadal się nie odzywała, lecz zrobiła krok w przód, po czym ostrożnie wyciągnęła rękę w stronę rudego stworzenia na moich rękach.
- Śmiało, możesz pogłaskać - rzekłem, po czym jej dłoń zetknęła się z miękką sierścią kota.
Uśmiechnąłem się na ten widok, gdyż spodziewałem się, że projekt AM, będzie.. cóż... mniej człowieczy. Pomyliłem się. Przez okienko mogłem dostrzec tylko jej zarys, więc śmiało stwierdziłem, że jest ona dość niską osobą, o włosach maksymalnie do ramion.
- Teraz wybacz, ale muszę odnieść tego.. Apsik! kota..
Gdy ta oddaliła się od drzwi, zamknąłem okienko i poszedłem odnieść rudy problem do klatki.
Wchodząc do pomieszczenia z sierściuchami, myślałem, że zakicham się na śmierć, gdyż nie spodziewałem się takiej ilości kotów w tym laboratorium.
Uprzednio upewniając się, że zamknąłem klatkę, opuściłem pomieszczenie, następnie idąc do mojego biurka, aby pospisywać wszelkie numery obiektów. Żmudna i nudna praca, ale tak jak zawsze, nowy musi dostać w kość. Spisując wszystko dokładnie, nie myślałem, że minęło już tyle czasu, aby nagle ktoś poklepał mnie po ramieniu, zabierając notatki.
- Oddaj mi to, przecież muszę się ich nauczyć.
- Nie rób notatek, bo szef cię zabije. Masz mieć wszystko tutaj - odezwał się Afroamerykanin, który wskazał na głowę.
Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedziałem, że mężczyzna ze mnie kpi. Dowiedziałem się o tym dopiero po dwóch godzinach, kiedy nabijał się ze mnie. Cudownie, praca marzeń!

***

- Garcia, masz robotę. Musisz porozmawiać z kilkoma Obiektami.
Świetnie zaczyna się wykorzystywanie nowego, ale co ja mogę?
- Jasne, dajcie listę - westchnąłem ciężko, spoglądając na zegar, który wskazywał za dziesięć dziesiąta.
Otrzymałem wszystkie numery, przez co zakręciło mi się aż w głowie. Ja mam aż tyle ich .. nie wiem, przesłuchać?
Wertując kartki, jeden z numerów wydawał mi się ciekawy, gdyż miał więcej liczb niż inni, więc postanowiłem, że zacznę od tego obiektu.
Oczywiście pogwizdując sobie pod nosem, przechadzałem się korytarzem, szukając Obiektu AM-21029821, Docierając na miejsce, ponownie usłyszałem za sobą miauczenie.
Kurwa znowu? Moja mina wyrażała wszystko, byłem załamany, bo chyba nigdy nie zacznę pracować, jeśli kot, a dokładniej ten, rudy kot mnie będzie śledził.
Wzdychając cicho, postanowiłem sobie darować to zwierze, aby następnie wejść do pomieszczenia, w którym zapaliłem uprzednio żółte światło, które nie razi tak bardzo po oczach.
Patrząc w kartkę, na podkładce, odwróciłem się w stronę obiektu.
- AM21029821, choć.. nie, nie pasuje mi ten numer - przerzuciłem jedną kartkę - O, tak będzie lepiej. Atina, to ty tak? - uniosłem wzrok i zobaczyłem młodą, niską dziewczynę o orzechowych włosach. Lekko uśmiechnąłem się do obiektu, po czym usiadłem na krześle. - Porozmawiamy?

Atina? Mam nadzieje, że nie ma tragedii ^^.

Od Alexandra do Rhei

Blondynka była bardzo bezpośrednia. Może to jej styl bycia, a może wypite procenty dały o sobie znać? Jakikolwiek był by tego powód, była tak odmienna, niż kobiety tu mieszkające. Wystarczy spojrzeć na wnętrze baru, kobiety tu obecne można było wyliczyć na palcach, a wszystkie znałem bardzo dobrze, może nawet zbyt dobrze.
- Alex - przedstawiłem się i lekko uścisnąłem wyciągniętą delikatną, bladą dłoń dziewczyny.
- Palicie? - spytała jasnowłosa, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów.
- jeszcze pytasz? - dopytałem z uśmiechem.
W barze już dwa lata temu zniesiono zakaz palenia, bo i tak nikt z obecnych go nie przestrzegał.
- chyba nigdy cię tu nie widziałem - wypaliłem, podpalając zaoferowanego papierosa. - a ty Felix?
Mężczyzna przecząco pokręcił głową.
- zapamiętał bym - odpowiedział, pochłaniając blondynkie wzrokiem.
- rzadko tu bywam - przyznała ze wzruszeniem ramion
- od dziś mamy nadzieję, że będziesz bywać tu częściej - ciągnął Felix, czyżby zamierzał poderwać naszą nową przyjaciółkę? Hmm...
Społeczność wyspy jest tak mała i zamknięta, a jednocześnie tak wielka i zaskakująca. Jak wszystko, co się wiąże z firmą Vitae.
- gdzie nauczyłaś się tak grać? - spytałem z podziwem. Trzeba było przyznać, że jasnowłosa była naprawdę dobrym rywalem.
- Może jeszcze jedna rundka? - spytał Colin, który nagle znalazł się obok stolika i jak to on bez żadnego zaproszenia przysiadł się do nas.
Rhea jako jedyna kobieta przy naszym stoliku i tym razem czyniła honory, rozdając karty.
- gramy dla rekreacji czy zarobku? - dopytał rudzielec
- dla zarobku? - zaśmiałem się na słowa przyjaciela. To nie była żadna tajemnica, Colin najzwyczajniej w świecie nie umiał grać, mimo że od trzech lat starałem się go nauczyć wszelkich technik. - stary od razu wyłóż kasę na stół.
- nie kompromituj mnie przy damie - powiedział, po czym mrugnął do blondynki. Ty również?... - Może piękna pani powie nam, czym zajmuje się w Instytucie? - spytał Colin, skupiając całą swoją uwagę na dziewczynie.
Odpowiedź jasnowłosej zagłuszył przeraźliwy alarm. Po pierwszym sygnale ludzie tylko zanienówli w oczekiwaniu. To nie pierwszy raz, kiedy się załącza, średnio raz w tygodniu. Jednak to nie był zwykły alarm, nie skończył się po minucie, jak to zazwyczaj bywało. Sygnał dłuższy niż 2 minuty oznaczać może tylko sytuację kryzysową, zagrażającą bezpieczeństwu. Więc każdy wstrzymując oddech, odmierzał kolejne sekundy.
- Cholera - mruknąłem pod nosem, kiedy sygnał nie milkł, nawet gdy upłynął określony czas. To nie były zwykle ćwiczenia.
Po pierwsze zlokalizować liczbę cywili. Naszczęście nie było ich zbyt wielu większość w barze to żołnierze.
Po drugie zorganizować ewakuację do najbliższego punktu bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo cywili jest najważniejsze, zwłaszcza że większość to ważne osoby dla firmy.
Zadanie numer trzy, kiedy cywile są bezpieczni udać się jak najszybciej do przełożonego.
Teoria wyuczona perfekcyjnie, ale to pierwszy raz w praktyce, a większość z nich nigdy nie była na prawdziwej akcji.
Z całą przyjemnością oddałbym dowodzenie ewakuacji komuś wyższemu stopniu, ale takiej osoby również nie było dzisiejszego dnia w barze.
- szeregowy Wilson - wypaliłem do Colina - starszy szeregowy Jones - zwróciłem się do Felixa - każdy ma opuścić bar i skierować się do najbliższego punktu bezpieczeństwa. Wiecie gdzie to jest? - zgodnie pokiwali głowami. Świetnie. - będziemy wychodzić z budynku w grupach po 10 osób. Czterech cywili i sześciu wojskowych. - o dziwo nie słuchali mnie tylko towarzysze, ale również pozostali obecni żołnierze - Wilson - na powrót zwróciłem się do przyjaciela - zorganizuj mi 6 ogarniętych chłopaków, którzy pomogą w ewakuacji. Jones - spojrzałem na Felixa - idź do drzwi i nie pozwól nikomu wyjść na zewnątrz. - Ty, Ty i Ty - wskazałem trzech z alfa, wiedząc, że najlepiej znają się na pracownikach - podzielcie cywili na trzy grupy. Strefa zielona ludzie najważniejsi dla firmy. Strefa czerwona schlani i awanturnicy. Strefa żółta pozostali.
Wszystkie służby mają podobne zasady tylko, że tam dzieli się na rannych i martwych. Mam nadzieję, że nie będę musiał robić tego samego.
- czym zajmujesz się w firmie? - spytałem dziewczyny. Nie wiedziałem jak bardzo jest ważna i w jakiej kolejności powinna opuścić strefę zagrożenia.

<Rhea? >

Od Amelii cd. Yungyo

Amelia zagryzła wargi. Pół godziny. Mniej więcej po takim czasie miała się spotkać z zarządem Instytutu, by negocjować umowę. Spojrzała na zegarek. Jeśli utknie w tej windzie na PÓŁ godziny, na pewno nie zdąży na czas. Gwałtownie na swoich ramionach poczuła delikatny dotyk dłoni. Odwróciła się, odtrącając klona.
- Co robisz? – fuknęła, poprawiając marynarkę.
- Poziom twojego stresu gwałtownie wzrósł. Jeśli nie chcesz medytować, masaż jest dobrym sposobem na odstresowanie. – Ola miała niewzruszony wyraz twarzy.
- Więcej Epikurów wygenerowałabyś, znajdując dla mnie plany elektroniki windy. Zenki powinny je mieć. – Amelia sięgnęła po pudło, stojące na szczycie stosu i paznokciem przecięła taśmę zabezpieczającą. Ola tymczasem zatopiła spojrzenie w telefonie, klikając w ekran z dużą prędkością.
Koreański naukowiec przyglądał się temu wszystkiemu z beznamiętną miną. Kobiecie przeszło przez myśl, że może mu się nie spodobać to, co planuje zrobić. Jednak nie miała czasu. Od tego, czy uda jej się wydostać z tej blaszanej puszki zależało coś więcej, niż jej życie. Zależał kontrakt!
Grzebiąc w opakowaniu, wydobyła z niego duct tape’a, skrzynkę z narzędziami i woreczek zapasowych cewek.
- Mam je – oznajmiła Ola i telefon w kieszeni Amelii zawibrował. Kobieta wyciągnęła go z kieszeni i przejrzała na szybko ich zawartość. Cóż, poglądowo wyglądało to na niezbyt skomplikowane. Wyjęła z kieszeni frotkę i spięła włosy z tyłu, a następnie uklękła przy panelu kontrolnym windy. Przeleciała dłonią po dole obudowy, po czym ustaliwszy punkty nacisku, przycisnęła do nich palce. Cicho szczęknęło i już miała to samo zrobić z kolejnymi, umiejscowionymi nieco wyżej zaczepami, gdy wtrącił się Azjata.
- Co pani robi? Nie powinna pani grzebać w elektronice instytutu.
- Wprost przeciwnie, szanowny panie. – Amelia kontynuowała swoją pracę, posuwając się coraz wyżej w górę. – W przeciwieństwie do pana jestem technikiem. - Ostatni zacisk ustąpił i z subtelnym sykiem cała płyta pozwoliła się zdjąć ze ściany i odłożyć na bok. – Jak pan widzi, wiem co robię. Olu, obcęgi.
Kobieta wyciągnęła dłoń w geście oczekiwania, drugą scrollując plany. Wyglądało na to, że wystarczy doprowadzić do zwarcia w obwodach alarmowych i…
- Problemem już się zajmują, wątpię by mogła mu pani zaradzić stąd – nie dał się przegadać naukowiec. – Proszę zaczekać, pół godziny to nie jest długo.
- Za długo, w mojej sytuacji – odpowiedziała. Ciężar obcęgów w dłoni powiedział jej, że klon wykonał prośbę. Amelia przymierzyła się do obwodu, oznaczonego na schemacie przez K-43. Za plecami kobiety rozległ się hałas i cichy jęk. Ta odwróciła się, by zobaczyć Azjatę, wykręconego w dziwnej pozycji i przytrzymującą go Olę.
- Proszę nie zbliżać się do Amelii – zakomunikował klon, nie zwalniając uścisku.
- Co ci mówiłam o przemocy fizycznej? – Kobieta westchnęła. - Puść go.
Klon jeszcze przez chwilę przytrzymał naukowca, po czym zwolnił uścisk. Tymczasem Amelia skończyła swoją pracę. Drzwi zaskrzypiały cicho i rozchyliły się do połowy długości. Kobieta wstała i podeszła do Azjaty.
- Przepraszam za nią, to nie jest najlepszy produkt waszej firmy.

(Yungyo? Czas wybyć z tej windy w niebezpieczny świat na zewnątrz^^)

sobota, 7 grudnia 2019

Od Yungyo CD Amelii

Siedział przy stole i wolno przeżuwał kawałek mięsa. Błądził wzrokiem po zajmującej pozostałe miejsca rodzinie, która nieustannie się w niego wpatrywała. Nie przeszkadzałoby mu to za bardzo, gdyby nie pewna wrogość w ich spojrzeniach. Każdy spoglądał na niego, jakby popełnił jakiś ogromny grzech, zamordował prezydenta kraju – Mam dość! – rzekła w końcu matka.
Yungyo posłał jej pytające spojrzenie.
– Eomma, o co ci chodzi? – zapytał.
– Nie nazywaj mnie tak! – Wstała gwałtownie. – Nie jesteś moim synem!
Słysząc to, Yungyo się przeraził. Otworzył szeroko oczy. Nie miał pojęcia, co się właśnie działo. Wszyscy patrzyli na niego, jak na kogoś obcego, kogoś, kto nie powinien tu być. Te wszystkie spojrzenia, które czuł na sobie, sprawiały, że miał ochotę zniknąć stąd. Gorączkowo przeleciał po wszystkich wzrokiem, znów spojrzał na matkę.
– Eomma, co ty mówisz? – spytał drżącym głosem. – Jak to, nie jestem twoim synem? To ja, Yungyo!
Mimo jego przerażonego tonu kobieta nadal patrzyła na niego z góry jak na jakieś zwierzę.
– To, że wyglądasz jak on, nie znaczy, że nim jesteś – powiedziała śmiertelnie poważnie. – Jesteś tylko jego klonem.
Yungyo zamarł. Ostatnie słowo wypowiedziane z ust matki wirowało po jego umyśle niczym tornado, które zasysało wszystkie relacje, jakie wykształcił z rodziną przez całe swoje życie. Spuścił wzrok na drżące dłonie. Próbował się jakoś uspokoić, ale w ogóle mu to nie wychodziło. Nie potrafił, wszystko zaczynało go przerastać.
Nie interesował się w tym momencie, skąd rodzina mogła wiedzieć, że jest klonem. Zależało mu tylko i wyłącznie na tym, by jakoś naprostować całą sytuację, wytłumaczyć się – zrobić cokolwiek, by jego świat się całkiem nie zawalił.
– Nie jestem klonem – wydusił z siebie. – Nie jestem! Eomma!
– Zabiłeś naszego syna – wtrącił się ojciec. – Zabiłeś go! Myślisz, że go zastąpisz? Że przymkniemy na to oko i zaakceptujemy taką kolej rzeczy?!
– Appa!
Wstał, gdy nagle został skrępowany przez Seunggyo. Wyższy od niego brat trzymał go tak mocno, że nie było sposobu się wyswobodzić. Próbował kopnąć go, ale w tym momencie do akcji wkroczyła Taera, która oplotła rękami jego nogi. Unieruchomiony spanikował. Nie wiedział, co robić. Szamotał się niczym schwytana w sieć ryba, ale nic to nie dawało, jedynie ścisk brata z każdym szarpnięciem stawał się mocniejszy. Oddychał płytko, z trudem łapał powietrze. W oczach zaczęły się zbierać łzy, które stopniowo coraz bardziej rozmazywały mu obraz. Skrzywił się, zaczął krzyczeć:
– Proszę, zostawcie mnie! To nie ja!
Popatrzył po rodzinie, która w żaden sposób nie reagowała na jego słowa.
– Nie zabiłem go! – dalej wrzeszczał. – Nawet nie chciałem! To on zamierzał mnie skrzywdzić...!
Nagle drzwi do domu otworzyły się szeroko, do środka wpadli uzbrojeni ludzie w pancerzach. W okamgnieniu zajęli pozycje, wycelowali w Yungyo. Koreańczyk zaczął się cały trząść, nogi w jednej chwili się pod nim ugięły, ale nie upadł, Seunggyo dalej go trzymał. Łez nagromadziło się tyle, że zaczęły strumieniami spływać po policzkach.
Obrócił głowę, spojrzał na stojących kawałek dalej rodziców, którzy patrzyli na niego beznamiętnie.
Strzał.
Otworzył oczy, zerwał się jak poparzony. Nim się zorientował, zleciał z krzesła obrotowego, na którym jeszcze chwilę temu siedział i runął na podłogę. Poczuł nagły ból w miejscach, na które upadł, skrzywił się mocno. Zamrugał parę razy, głośno jęcząc, po czym rozejrzał się dokoła.
Znajdował w jednej z sali laboratoryjnych. Nikogo prócz niego nie było. Lampy nie świeciły, do tego okna zasłaniały rolety, przez co panował półmrok. Ciszę przerywały tylko ciche tupoty zza ściany, kiedy ktoś akurat przechodził korytarzem.
Zdając sobie sprawę, że to wszystko to był tylko zły sen, westchnął ciężko. Przypomniał sobie ostatnie zdarzenia – postanowił odpocząć, dlatego udał się do tej sali, wiedząc, że przez pewien czas nikt tu nie będzie zaglądać. Zgasił światło, zasłonił okna i wyłożył się na krześle z nogami opartymi o biurko, ucinając sobie drzemkę. Tak, to był tylko sen. Nie miał powodu do obaw.
Obolały postanowił wstać. Zaczął masować prawe biodro, na które boleśnie upadł, jednocześnie założył buty (wcześniej je zdjął, by nie zabrudzić biurka). Palcami potarł oczy, starając się jak najszybciej wybudzić. Niestety, z racji, że jego sen został nagle przerwany, dojście do siebie trochę mu zajmowało. Przestąpił z nogi na nogę, gdy wtem poczuł chwilowe burczenie w kieszeni spodni. Leniwie wyciągnął z niej komórkę. Dostał wiadomość od wujka. Pisał, żeby Yungyo przyszedł do niego jak będzie miał czas. No, wyczucie to on miał świetne.
Schowawszy urządzenie, odwrócił się na pięcie. Już miał wychodzić, lecz przypomniał sobie o papierach, które tu położył. Wziął je do ręki i dopiero potem wyszedł z sali.
Czytając to, co było w nich zapisane, wszedł do windy razem z dwoma kobietami, które prowadziły ze sobą dosyć spory wózek z jakimś sprzętem. Chciał nacisnąć guzik z liczbą -2, ale okazało się, że jedna z kobiet go wyprzedziła. Winda jechała, Yungyo wolał zająć się notatkami niż patrzeć na ekran pokazujący zmianę pięter, gdy nagle nastąpiło lekkie szarpnięcie. Nim się zdążył obejrzeć, muzyka ustała, a lampy zgasły – działały jedynie światła awaryjne.
– Przepraszam pana, czy windy na tym oddziale często się zacinają?
Słysząc to pytanie, odwrócił głowę i spojrzał na jedną z kobiet. Dopiero w tym momencie spostrzegł, że obydwie wyglądają tak samo. Popatrzył wpierw na jedną, potem na drugą, unosząc nieco brew. Bliźniaczki? Klon? Miał nadzieję, że to pierwsze.
– Nie – odpowiedział po chwili.
Właśnie, coś tu nie pasowało. Wyciągnął rękę, by nacisnąć przycisk z symbolem dzwonka, gdy nagle stojąca bliżej niego kobieta odezwała się:
– Przed chwilą nacisnęłam. Ale chyba nie działa – dodała.
Zabrał rękę. Cóż, chyba w takim wypadku trzeba było inaczej dać o sobie znać. Wyciągnął z kieszeni komórkę, odblokował ekran. Widząc, że na tym poziomie jeszcze jest zasięg, wszedł na listę kontaktów. Wybrawszy numer, zadzwonił.
– Anthony, co się dzieje? – zapytał.
– Nie słyszałeś komunikatu? – usłyszał męski głos po drugiej stronie.
– Tak się składa, że utknąłem w windzie B.
– Ho, co za pech! - Jakoś nie dało się usłyszeć współczucia ze strony mężczyzny. – Jest ktoś jeszcze z tobą?
Yungyo spojrzał przelotnie na kobiety.
– Dwie osoby.
Anthony na te słowa, z trochę niewiadomych przyczyn, zacmokał z dezaprobatą.
– Sprawa wygląda tak, że ten obiekt, co ma jakieś powery z elektrycznością, wywołał zwarcie w niemal całym skrzydle – powiedział po chwili.
Yungyo zmarszczył brwi.
– Chodzi o Duke'a?
– A skąd ja mam wiedzieć? – jęknął Anthony. – Jestem technikiem, nie naukowcem. Mówili, że to AM-23-coś-tam.
AM-23...
Yungyo popadł w zamyślenie, szybko jednak przypomniał sobie mniej więcej numer obiektu. Odruchowo skinął głową, nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że Anthony tego nie widzi.
– Ta, to Duke – rzekł. – Ile czasu minie nim wróci prąd?
– Awaryjne źródło prądu już uruchomione, ale okazało się, że gdzieś coś poszło z przewodem. Ogarnięcie tego zajmie – na chwilę zamilkł – nie wiem, do pół godziny?
– Aż tyle? – zdziwił się. – Co wy tam robicie, układacie kompozycję z tych kabli czy jak?
– Ej, mówiłem, że do pół godziny, czyli może to potrwać krócej – oburzył się. – Rozumiem, że siedzisz w windzie, ale chyba wytrzymasz, nie? Rób to, co zwykle robisz, poczytaj albo się prześpij. A ja kończę, bo muszę pracować, a ty mi zabierasz czas.
Na twarz Koreańczyka wskoczyło ledwo widoczne oburzenie. Otworzył usta, już miał coś powiedzieć, lecz wtem Anthony rozłączył się. Zirytowany zmierzył wzrokiem wyświetlacz. Westchnąwszy ciężko, schował komórkę z powrotem do kieszeni spodni. Świetnie, czekała go naprawdę wspaniała przygoda! Naprawdę, jeśli nie pójdzie dobrze, to chyba nigdy nie odzyska tych trzydziestu minut.
– Co się dzieje?
Odrobinę podskoczył, nie spodziewając się tego pytania. W ogóle na chwilę zapomniał, że nie był w windzie sam. Odwrócił głowę, spojrzał na jedną z kobiet.
– Awaria systemu – odpowiedział. – Trochę to potrwa, ale winda ruszy najpóźniej za pół godziny.
– Pół godziny? – Kobieta wyglądała na zniesmaczoną. – Co się takiego wydarzyło, że to aż tyle potrwa?
Yungyo nie mógł powiedzieć prawdy, dlatego odparł:
– Nie wiem. Nie jestem technikiem, nie znam się.

Amelia?

piątek, 6 grudnia 2019

Od Tamary CD Ian

Tym korytarzem szłam po raz pierwszy. Również po raz pierwszy widziałam naukowca, który miał za zadanie odprowadzenie mnie do celi. Wyróżniał się na tle innych. Nie tylko z powodu wyglądu. A urodę miał bardzo specyficzną. Jakoś to się nazywało. Chwilę zajęło mi przypomnienie lekcji, na której doktor Alison mi wspominała o świecie na zewnątrz.
Narodowość!
Zbłąkane słowo wpadło mi do głowy. Był innej narodowości. Na pewno nie Afroamerykanin. Ich czarny kolor skóry rzucał się już z daleka. Podobno kiedyś przez to byli prześladowani, ale to było kilkadziesiąt lat temu.
Hmmm....
Przyglądałam mu się, wciąż próbując sobie przypomnieć.
Wyglądał na bardzo młodego, w porównaniu do reszty pracowników. Biały kitel miał rozpięty, przez co powiewał z każdym krokiem. Ciemne włosy w lekkim nieładzie.
Azjata!
Był Azjatą, ale już nawet nie próbowałam zgadywać kraju, z którego pochodził.
- skąd jesteś? - spytałam, próbując rozwiać zagadkę.
-Nie powinnaś zadawać pytań H-coś tam.- skarcił mnie.
-H-270697479- poprawiłam - Możesz mówić mi Tamara.
Azjata znowu pogrążył się w milczeniu, ucinając rozmowę.
Jenak tę ciszę przerwało jakieś zamieszanie. Naukowiec przyspieszył jak tylko i on to usłyszał, a mi nie pozostało nic więcej jak pójść za nim.
-Ian - zawołał do mężczyzny, który przyduszał drugiego. Jego nogi wisiały 5 cm od podłogi. Twarz miał siną. Widocznie dość długo miał odcięty dopływ tlenu, ale wciąż kurczowo ściskał dłonie przeciwnika. Nikogo nie powinno zdziwić, że był to Telumin. Chociaż biorąc pod uwagę, że jego ofiarą był jeden z pracowników, trochę odbiegało od charakterystycznego wykonywania poleceń, jakim się wykazywali.
Mężczyzna puścił go, a ten upadł bezwładnie na podłogę kaszląc i łapiąc łapczywie tlen. Z powrotem przeniosła oczy na Teluma. Wprost na jego, czarne, wyprane z emocji i wpatrzone we mnie.
Aż ciarki mnie przeszły.
-Ręce za głowę i chodź ze mną - polecił mu Azjata- odprowadzicie ją do celi nr 7.
***

Ze snu wyrwał mnie szczęk otwieranych drzwi. Automatyczne zerwała się z łóżka. Miałam na sobie sportowe szare spodenki i koszulkę w tym samym kolorze. Czarne fale miałam zaplecione w warkocz. Zaplotłam dłonie za plecami i dumnie uniosła podbródek, nie rozumiejąc wizyty w środku nocy. W celi było ciemno, ale oświetlało ją światło z korytarza przez otworzone drzwi. Stało w nich 4 mężczyzn i kobieta.
Jeden z nich został wepchnięty do środka.
-T-2204596 zostajesz przydzielony do celu nr 7 na 24 godziny.
Te słowa dźwięczały mi w uszach przez długi czas.
To była moja Cela....
Ostatni raz mogłam przyjrzeć się obiektowi, zanim drzwi się zamknęły, pozostawiając mrok, w który widać było jedynie jego zarys sylwetki.
Nie miałam złudzeń, był to obiekt, którego spotkałam kilka dni temu. Tak to był ten typ, który zaatakował pracownika.
Puls przyspieszył, wręcz słyszałam bicie własnego serca, oddech był coraz cięższy. Nie wiedząc co zrobić, stałam bez ruchu. Ian przez chwilę również, ale po kilku minutach się poruszył, zrobił krok.
Cofnęłam się kilka kroków, uderzając o ścianę.
<Ian???, nie przypraw mnie o zawał :)

Od Rhei do Alexandra

Uśmiech nie schodził jej z twarzy, gdy dyskutujący z nią mężczyzna rzucał w eter wachlarz komplementów na swój temat. Nie mogła się wręcz doczekać, by usiąść mu naprzeciw i uderzyć zdecydowanie zbyt duże ego prosto między oczy. Ich rozmowę, nim myśli zdążyły przeobrazić się w czyny, przerwało pojawienie się kolejnej osoby - zdawać by się mogło, że jeszcze większej i lepiej zbudowanej, niż jej dotychczasowy towarzysz. Krótka wymiana zdań niosła za sobą pewien bagaż emocjonalny, widoczny na twarzach obydwu mężczyzn. Rhea wyszczerzyła się jeszcze szerzej, krzyżując ręce na piersiach. Być może ten wieczór okaże się znacznie ciekawszy, niż zakładała.
- Zaryzykuję. Felix ma dar przekonywania. - Nie czekając na pozwolenie, przechwyciła dzierżone przezeń karty. - Zobaczymy, czy gra choćby w połowie tak dobrze, jak twierdzi. - Prychnęła pod nosem, szukając wolnego, nieubrudzonego rozlanym alkoholem stolika. - Może zagrasz z nami? Trio brzmi znacznie lepiej niż duet. 
Mężczyzna nie odpowiedział. Wzruszywszy ramionami, podążył jednak za lawirującą pomiędzy meblami kobietą, dopóki ta nie odnalazła wpasowującego się w jej gusta miejsca. Opadła na jeden z barowych stołków, niemalże rozlewając przy tym dzierżonego w dłoniach drinka. Mruknęła kilka pozbawionych sensu słów w ojczystym języku, natychmiastowo rozdając karty pomiędzy trójkę graczy.
- Może być poker? Czy to dla was zbyt prymitywne? - Uniosła brwi, a brak sprzeciwu przywrócił na jej twarz ten sam uśmiech, którym zaszczyciła ich w pierwszych sekundach spotkania. - Fantastico. Ach, pozwólcie, że odpuszczę sobie pieniężne zakłady. Jestem spłukana do cna. - Podniosła ręce w geście poddania, przyjmując iście żałosny wyraz twarzy.
- Tchórzysz? - Felix zdawał się doprawdy zasmucony takim obrotem spraw.
- Mogę je odzyskać, ale wtedy nie licz na więcej darmowego alkoholu. - Cmoknęła pobłażliwie, wskazując palcem rozłożone na stole naczynia wypełnione przetworzonym etanolem. 
Mężczyzna wyraźnie zrozumiał aluzję, nie odbijając piłeczki w stronę młodej włoszki. Po chwili przeszli więc do właściwej gry, rozrzucając po blacie dwukolorowe symbole, mające przynieść zgubę na któregoś z nich. Syknięcia i najróżniejsze znane ludzkości przekleństwa opuszczały ich usta niemal proporcjonalnie do szybkości, z jaką karty zmieniały swych właścicieli. Krótka rozmowa, nietrwająca jednak dłużej, niż przerwy pomiędzy poszczególnymi turami, zdawała się znacznie przyjemniejsza i mniej niezręczna, aniżeli można by się spodziewać po grupie przypadkowych nieznajomych. Rhea nie potrafiła stwierdzić, czy jej entuzjazm względem nowo poznanych związany był z ilością spożytego alkoholu, czy najzwyczajniej w świecie samotnie zmarnowane w laboratorium godziny uderzyły jej do głowy. Cokolwiek nią kierowało, znacząco podbudowało jej zwyczajowe zdolności komunikacyjne. Nie dała się jednak rozproszyć, walcząc niczym lwica. I właśnie wtedy, gdy Alighieri z dumą zaprezentowała towarzyszom uchowaną, lśniącą szkarłatem karetę, czując smak zwycięstwa, trzeci z mężczyzn o nieznanym mianie zagęścił atmosferę. Pięknie hebanowy poker wprawił Rheę w zdumienie, podszyte subtelną dozą rozczarowania. Zmarszczyła nos, odchylając głowę do tyłu. Krótki rzut okiem za plecy skutecznie utwierdził ją w przekonaniu, że dzisiejszy wieczór z całą pewnością dopiero nabiera kolorów. Ufundowany przez włoszkę alkohol, niczym płachta na byka, odebrał niektórym rozumy. Przekrzykujący się, rzucający podszyte wirem emocji spojrzenia, porozstawiani po kątach, niby zabawki czekające na swą kolej - ich wybuch był jedynie kwestią czasu, a Rhei ciężko było stwierdzić, jak zachowałaby się, gdyby w jej otoczeniu faktycznie doszło do rękoczynów. Nie zastanawiała się jednak długo, całą swą uwagę ponownie skupiając na towarzyszących jej mężczyznach.
L'acqua cheta rovina i ponti. Cicha woda brzegi rwie. - Przekręciła się na krześle, by spojrzeć zwycięzcy prosto w oczy. - Może to jednak nie Felix kantuje? - Uśmiechnęła się zadziornie, wyciągając ku niemu pokrytą siniakami dłoń. - Jestem Rhea. - Drugą rękę wsunęła do kieszeni kurtki, łapczywie poszukując ukrytej gdzieś paczki papierosów. - Palicie? - zapytała, gdy w końcu dobyła swego świeżootwartego skarbu. 

[Alexander?]

Od Amelii do Yungyo

Ola wypakowywała właśnie ostatnie pudło z firmowego vana. Dobrze. Amelia spojrzała na zegarek, leniwie przeżuwając trzymaną w dłoni kanapkę. Jak tak dalej pójdzie zdążą jeszcze dzisiaj wrócić na stały ląd. Zenki powinny zjawić się na wyspie za jakieś pół godziny, to zamontują to całe ustrojstwo. Tymczasem ona wynegocjuje z Instytutem stały kontrakt. Nie będzie lekko, ale Amelia zbierała informacje o firmie już od dobrych kilku miesięcy i dobrze się przygotowała do tej rozmowy. Kartonowy pojemnik wylądował z cichym szurnięciem na szczycie idealnej piramidy. Smukłą postać klona odwróciła się, by zamknąć bagażnik pojazdu.
- Zaczekaj! – Amelia wstała gwałtownie z murku. – Zostawiłam w środku kluczyki.
- Wiem. Dlatego też wzięłam je stamtąd dla ciebie. – Drzwi samochodu szczęknęły cicho i Ola, wyciągając z kieszeni parę archaicznych, analogowych kluczy o dziwnym kształcie, podeszła do swojej towarzyszki. – Lepiej będzie, jeśli przechowam je do czasu, gdy będziesz je potrzebować. 
- Wiesz, że lubię je mieć przy sobie – mruknęła dziewczyna cierpko. – Zresztą pamiętałam, że tam są. Wzięłabym je, gdybyś się tak nie śpieszyła.
- Kłamstwo. – Plastikowa mimika Oli była nie do przegadania. Dyskutowanie z nią zawsze było ciężkie i Amelia nie miała specjalnie ochoty wdawać się w nie zaraz przed tak ważną rozmową. Kobieta westchnęła i uniosła ręce w geście rezygnacji. 
- Dobrze, przeowaj je. – Machnęła ręką, wpychając sobie ostatni kęs kanapki do ust. 
- Powinnyśmy teraz zanieść materiały, a następnie poświęcić pozostały czas na medytację. 
- Mówiłam ci już… - Amelia wstała, rozciągając się – że nie jestem zestresowana. Ta rozmowa, to będzie pestka.
  Ola spojrzała na telefon.
- Kłamstwo. Wartości odczytów rytmu serca świadczą o podniesionym poziomie stresu.
  Kobiecie nieco zrzedła mina. 
- Znowu mi założyłaś czujniki? – Zaczęła się macać w poszukiwaniu drobnych wypukłości na skórze. – Gdzie? Zdejmij je natychmiast.
- Odmawiam. – Jakby dla podkreślenia swoich słów klon zaplótł dłonie na piersi. Pewnie byłoby to nawet stanowcze, gdyby reszta jej ciała nie była tak sztywna. 
  Dalszy przebieg sytuacji został jednak zatrzymany przez mężczyznę, ubranego w roboczy strój, zaopatrzony w logo Instytutu, trzymającego notes w dłoni. Amelia uspokoiła się i poprawiła spódnicę. 
- Pani jest Amelią Mirat? – zapytał, przeglądając swoje zapiski i nie patrząc nawet na kobiety. Jest to jakiś postęp. Na początku wszyscy męscy przedstawiciele personelu gapili się na nie, jakby były rzadkimi okazami mułów.
- Nie, Amelią Mirzant. Musiał wystąpić błąd podczas komunikacji. – Kobieta wyciągnęła własny notes i wyjęła zza ucha długopis. – Dostawa była umówiona na 12:30, zamówione części znajdują się w pudłach. Ekipa montażowa zjawi się za pół godziny. Proszę, o to lista towarów, proszę potwierdzić odbiór. – Handlarka nie zamierzała przedłużać tej formalności bardziej, niż to było konieczne. Chciała jeszcze pogadać z Olą, zanim ruszy na podbój Instytutu. 
- Doskonale, proszę to zanieść do budynku H2, sali trzeciej na piętrze -2. I proszę nie kłopotać techników, nasi specjaliści się tym zajmą.
- Tak się składa, że mam podpisany kontrakt na dostawę i montaż. Ekipa jest już w drodze i odwołanie jej teraz, niestety, wygeneruje dodatkowe koszty. Rozumie pan, gdyby sytuacja nie była taka…
  Po około dwudziestu minutach słowotoku Amelii mężczyzna obiecał uzyskać dostęp dla Zenków do niezbędnych obiektów, skłonić właściciela Mercedesa do przestawienia pojazdu, by nie zastawiał drogi i zapewnić całej firmie Amelii obiad na koszt Instytutu. Po czym odszedł. Zadowolona z tej małej rozgrzewki kobieta niemal zapomniała o pluskwie, podrzuconej jej przez klona.
- Później jeszcze raz o tym porozmawiamy, a teraz zanieś paczki tam, gdzie prosił ten facet.

Przeniesienie sprzętu przez pół budynku okazało się trudniejsze, niż zwykle. W środku panowało niezwykłe ożywienie jak na placówkę, w której na wynik większości projektów trzeba czekać latami. A wielki wózek, wyładowany „drogocennym” sprzętem zajmował trzy czwarte korytarza i manewrowanie nim okazało się koszmarem. Trochę wytchnienia Amelia zdołała chwycić dopiero w windzie, do której razem z kobietami wsiadł tylko jakiś azjata, zatopiony w swoich notatkach. Tylko dyskretna muzyczka tak charakterystyczna dla windy rozpraszała ciszę. Wyświetlacz na ścianie powoli migał, zmieniając numery na coraz niższe. 0. -1. -2. Nie było charakterystycznego szarpnięcia. -3. Widać urządzenie potraktowało priorytetowo kogoś z dołu. Ktoś poważnie schrzanił program sterownika. -4. -5. Jak dużo pięter pod ziemią może mieć zwykła placówka badawcza? -6. -7. -8. -9. Windą szarpnęło lekko. Światło zamrugało i zgasło. Amelia wdusiła charakterystyczny przycisk ze znakiem dzwonka – awaria, jednak nic się nie stało.
- Przepraszam pana – zwróciła się do Azjaty po angielsku – czy windy na tym oddziale często się zacinają?
Naukowiec spojrzał na nią. Jego wzrok był wzrokiem człowieka, który przez ostatni miesiąc dzień w dzień przekładał śrubki na taśmie produkcyjnej przez dwanaście godzin na dobę.

(Yungyo? To co właściwie się w tym Instytucie wydarzyło? XD)